
Kat P
ostatnia aktualizacja: 2012/05/10 17:41
Nieraz zastanawiałam się nad tym, dlaczego wciąż mamy niewiele kobiet w biznesie. Czasem wydaje mi się, że jednym z powodów, dla którego korporacje zatrudniają kobiety, są nie tylko umiejętności i rzetelność w wykonywaniu służbowych obowiązków, ale ładny wygląd i atrakcyjność seksualna.
Po ostatnim spotkaniu z zarządem firmy, na którym dowiedzieliśmy się o planach centralizacji naszego oddziału do Singapuru, postanowiłam zacząć aktywne poszukiwania pracy. Pierwszy krok: „update” swojego profilu na Linked-in, networkingowej stronie dla profesjonalistów szukających pracy albo rozwijających kontakty zawodowe. Nie spodziewałam się jednak, że niektórzy korporacyjni dyrektorzy traktują ją jak „dating site”. Do grona znajomych zaprosił mnie jeden z dyrektorów amerykańskiego banku z siedzibą w Londynie. Z jego profilu dowiedziałam się, że zajmuje się strukturyzowanymi produktami finansowymi. Cokolwiek w żargonie finansowym miałoby to znaczyć, brzmiało bardzo poważnie. Wysłałam maila, pytając, skąd się znamy. Pomyślałam, że być może pracowaliśmy kiedyś dla tej samej instytucji. W odpowiedzi usłyszałam, że pamięta mnie z jednego z oficjalnych spotkań w europejskim banku, w którym byłam na krótkim kontrakcie. Za grosz nie mogłam skojarzyć, żebyśmy się kiedykolwiek poznali, ale dyplomatycznie potwierdziłam, że miło być w kontakcie. Po krótkiej wymianie maili o tematyce zawodowej, aktualnym statusie naszych stanowisk i opinii na temat sytuacji na rynku Pan Dyrektor przeszedł do konkretów i spytał, czy byłam kiedyś w popularnym w City cocktail barze obok St. Pauls Catherdral. „Chciałabyś tam do mnie dołączyć w przyszłym tygodniu w czwartek?” – zapytał. Przyznam szczerze, że nie spodziewałam się takiego rozwoju rozmowy. Zgodziłam się na spotkanie, ale zastanawiam się, czy aby na pewno miał na myśli spotkanie stricte biznesowe? Obiecuję, że dam znać w przyszłym felietonie. [Kat P.]
Jak podają statystyki, na międzynarodowej arenie biznesowej, w radach nadzorczych światowych spółek jest tylko około 15 proc kobiet. Zdecydowanie więcej nas na stanowiskach asystentek, sekretarek albo gdzieś na końcu korporacyjnej drabiny, wykonujących nudne prace administracyjne. Dlaczego pomimo całego szumu wokół równouprawnienia i wprowadzania parytetów w miejscach pracy wciąż jesteśmy sprowadzane do tych „back office’owych” ról, a awans na dyrektorkę wydziału operacyjnego wydaje się już nie lada osiągnieciem?







w City każdej stolicy !!